Maszoperia to dawne stowarzyszenie rybaków, którzy prowadzili
razem połowy na morzu. Członkowie maszoperii - maszopi - zawierali
porozumienie na zasadach równości i solidarności. Każdy z
maszopów w równym stopniu łożył na wyposażenie łodzi do
połowów, miał też równy udział w podziale połowu i pieniędzy
uzyskanych ze sprzedaży nadwyżek ryb. Słowo maszoperia
pochodzi z niderlandzkiego maatschappij i w Holandii w
nazewnictwie firm wykorzystywane jest po dziś dzień, nie tylko w
branżach związanych z morzem, czego przykładem mogą być
Koninklijke Luchtvaart Maatschappij, czyli KLM (Królewskie
Holenderskie Linie Lotnicze).
W Polsce maszoperie były znane
już od czasów średniowiecza. Zrzeszali się w nich głównie
Kaszubi. Co ciekawe, istniały różne odstępstwa od zasady
równości, np. maszop żonaty otrzymywał zysk o 25% większy, wdowa
- dopóki nie sprzedała sieci zmarłego męża i udostępniała je
maszoperii męża - też otrzymywała pewien zysk. Jeśli ktoś był
ciężko chory, przez rok brał udział w podziale zysku, tak jakby
był całkowicie sprawnym członkiem maszoperii, chyba że choroba
wynikała z pijaństwa - wtedy część zysku oddawano biednym. Inne
reguły nakazywały maszoperii oddanie pewnej, zazwyczaj jednej
dziesiątej, części zysku na cele społeczne, przytułki, szpitale
czy kościoły.
Na czele maszoperii stał szyper, który
zajmował się też podziałem zysków. Podziały odbywały się w
dni, kiedy nie pracowano - w niedziele lub gdy sztorm nie pozwalał
na wyjście morze. Nie była to prosta czynność, tradycyjnie
wiązała się z dłuższym spotkaniem kończonym wspólnym posiłkiem
i napitkiem. Stąd też z czasem nazwa maszoperii przylgnęła do
tawern i gospód, w których takie spotkania się
odbywały.
Restauracja Maszoperia na Helu istnieje już prawie
40 lat. Tworzą ją trzy domki: mały, większy i największy. Ten
średni to zabytek z 1830 roku - typowa helska chata rybacka, która
do dzisiaj zachowała klimatyczne wnętrze ze starymi meblami. Mały
domek to niegdysiejsza zwykła komórka, a teraz mieści jedną
kameralną salę z kominkiem. Największy został dobudowany niedawno
jako wierna replika typowej kaszubskiej chaty. Wewnątrz w ścianę
frontową wkomponowano autentyczne bulaje z łodzi podwodnej.
Według
informacji z karty większość potraw, które oferuje restauracja
Maszoperia, to albo własne przepisy właścicielki - Anny Marii
Chwirot, albo - zdobyte przez nią. My weszliśmy tutaj głównie po
to, aby spróbować czegoś typowo kaszubskiego. Potraw kuchni
kaszubskiej jest jednak stosunkowo niewiele w menu, ale powód tego
taki - jak twierdzą właściciele - że kuchnia kaszubska była
zawsze bardzo uboga. Tu mieszkali biedni ludzie, odżywiali się
bardzo prosto.
Mimo wielkiego wyboru ryb, smakowicie
wyglądających na talerzach licznie zebranych gości, zdecydowaliśmy
się na spróbowanie tylko kuchni regionalnej. Na przystawkę - dorsz
w bekonie. Niewielkie kawałki białego dorsza, ugotowane ale nie
rozgotowane, zawinięte w przypieczone kawałki pysznego boczku.
Jedyny zarzut jaki można postawić – zdecydowanie za mało. Ale w
końcu to tylko przystawka Potem zupa rybna z kawałkami łososia.
Bardzo przyjemnie rozgrzewająca - mimo środka lata nam akurat w
Helu przydarzył się dzień deszczowy - i pachnąca tak, że już
samym tym zapachem można by się nacieszyć.
W roli
wakacyjnego dodatku do jedzenia wystąpiło oczywiście piwo. Wybór
duży i mimo że nie jest to piwo dokładnie z tego regionu (browar
Gościszewo położony jest pod Malborkiem), to cóż innego można
wypić będąc na Helu jak "Viva Hel". Jest to piwo
pszeniczne o lekko owocowym kwaśnym smaku, lekkiej goryczce i
wyraźnie drożdżowym posmaku. Kolor, jak na nadmorski obszar
przystało, typowo bursztynowy.
Informacje praktyczne: Restauracja Maszoperia znajduje się w Helu przy ul. Wiejskiej 110, można tu dojść z dworca kolejowego (przystanek PKS obok) w 12 min. (przez ul. Dworcową) lub z portu i molo w 5 min (przez ul. Żeglarską). Restauracja Maszoperia jest otwarta przez cały rok od 10 do 22, w sezonie od czerwca do sierpnia od 8 do 23.
wtorek, 12 listopada 2013
Maszoperia na Helu
Etykiety:
browar Gościszewo,
dania rybne,
Hel,
Kaszuby,
kuchnia regionalna,
Maszoperia,
Pomorze,
półwysep Helski,
restauracja,
Viva Hel,
zupa rybna
Lokalizacja:
Hel, ul. Wiejska 110
wtorek, 5 listopada 2013
Stara Stajnia w Łomnicy
Dominium Łomnica to dwa pałace i
folwark w podjeleniogórskiej wsi. Duży pałac powstał na początku
XVIII wieku, a mały, nazywany też Domem Wdowy, sto lat później.
Ostateczna przebudowa, która nadała pałacom wygląd taki, jaki
możemy obserwować dzisiaj, nastąpiła w połowie XIX wieku po
przejęciu pałacu przez rodzinę von Küster. Całość
otoczono parkiem krajobrazowym w stylu angielskim rozciągającym się
wzdłuż rzeki Bóbr. Tworzy on spójną kompozycję ze znajdującym
się po drugiej stronie rzeki parkiem Pałacu Wojanów. Obydwa pałace
w linii prostej dzieli zaledwie kilkaset metrów i jest to jeden z
najbardziej uroczych zakątków jeleniogórskiej Doliny Pałaców i
Ogrodów.
Obecni właściciele, Ulrich i Elizabeth von Küster, przyjechali do Łomnicy na początku lat 90. XX wieku. Nabyli wtedy, nie bez pewnych trudności, zrujnowany pałac od Agencji Nieruchomości Rolnych. Potem udało im się nabyć również Dom Wdowy i zabudowania folwarczne. Remont zaczął się od razu i mimo że dzisiaj widać już wiele efektów renowacji, to w wielu miejscach trwa on nadal.
Obecni właściciele, Ulrich i Elizabeth von Küster, przyjechali do Łomnicy na początku lat 90. XX wieku. Nabyli wtedy, nie bez pewnych trudności, zrujnowany pałac od Agencji Nieruchomości Rolnych. Potem udało im się nabyć również Dom Wdowy i zabudowania folwarczne. Remont zaczął się od razu i mimo że dzisiaj widać już wiele efektów renowacji, to w wielu miejscach trwa on nadal.
Obecnie w pałacu znajduje się otwarte
codziennie muzeum. Zwiedzać można historyczne sale na parterze z
typowymi dla dworów dolnośląskich od XVIII do XIX wieku meblami i
wyposażeniem. W Domu Wdowy znajduje się hotel i restauracja, w
zabudowaniach folwarcznych - sklep lniarski, sklep z produktami
regionalnymi, piekarnia i druga, moim zdaniem ta ciekawsza,
restauracja.
Restauracja "Stara Stajnia" urządzona jest w stylu rustykalnym. Wszędzie pełno starych maszyn i narzędzi rolniczych oraz sprzętów kuchennych, które nadają miejscu specyficzny klimat, podobnie jak obecne w paru miejscach stare zdjęcia. Dania zamawia się przy barze, chociaż przed podejściem dobrze jest się chwilę zastanowić, bo wybór jest niemały. Menu składa się z dań typowej polskiej kuchni, smacznych i serwowanych w całkiem dużych porcjach.
Byliśmy tam już dwukrotnie, więc mieliśmy okazję spróbować kilku propozycji. Szczególnie godne polecenia są pierogi z pełnoziarnistej mąki w różnych smakach oraz robione na świeżo placki ziemniaczane. Warto też zamówić zestawy, jak na przykład "Patelnia Chłopska", gdzie znajdziemy smażone ziemniaczki, boczek z cebulką i na wierzchu dwa jajka sadzone.
Przy zimowych wizytach polecam zdecydować się na grzane wino z dodatkami podawane w bolesławieckim kubku, a latem - na maślankę lub zimny kwas chlebowy. O każdej porze roku warto też spróbować oryginalnych karkonoskich nalewek w stylu likieru staniszowskiego, mimo że ten oryginalny jest już u nas niedostępny, bo produkcja po wojnie "przeniosła się" do zachodnich Niemiec.
Restauracja "Stara Stajnia" urządzona jest w stylu rustykalnym. Wszędzie pełno starych maszyn i narzędzi rolniczych oraz sprzętów kuchennych, które nadają miejscu specyficzny klimat, podobnie jak obecne w paru miejscach stare zdjęcia. Dania zamawia się przy barze, chociaż przed podejściem dobrze jest się chwilę zastanowić, bo wybór jest niemały. Menu składa się z dań typowej polskiej kuchni, smacznych i serwowanych w całkiem dużych porcjach.
Byliśmy tam już dwukrotnie, więc mieliśmy okazję spróbować kilku propozycji. Szczególnie godne polecenia są pierogi z pełnoziarnistej mąki w różnych smakach oraz robione na świeżo placki ziemniaczane. Warto też zamówić zestawy, jak na przykład "Patelnia Chłopska", gdzie znajdziemy smażone ziemniaczki, boczek z cebulką i na wierzchu dwa jajka sadzone.
Przy zimowych wizytach polecam zdecydować się na grzane wino z dodatkami podawane w bolesławieckim kubku, a latem - na maślankę lub zimny kwas chlebowy. O każdej porze roku warto też spróbować oryginalnych karkonoskich nalewek w stylu likieru staniszowskiego, mimo że ten oryginalny jest już u nas niedostępny, bo produkcja po wojnie "przeniosła się" do zachodnich Niemiec.
Informacje praktyczne: Stara Stajnia znajduje się w zespole pałacowym Dominium Łomnica pod Jelenią Górą. Można tu dojechać autobusem podmiejskim linii 3, 11 lub 33 z okolic dworca PKP (przystanek Tunel przy ul. Wincentego pola po drugiej stronie torów) i PKS (przystanek za płytą dworca przy obwodnicy - linie 3 i 33 lub po wyjściu z dworca w stronę centrum - linia 11) do przystanku Łomnica Szkoła, skąd widać już park i pałac. Autobusy w weekendy są średnio co godzinę, w tygodniu nawet częściej. Restauracja jest czynna codziennie od 11 do 21 w sezonie (połowa marca - koniec października) i do 20 poza sezonem.
Etykiety:
Alter Stall,
Dolina Pałaców i Ogrodów,
Dolny Śląsk,
Dominium Łomnica,
grzane wino,
likier staniszowski,
Pałac Łomnica,
produkty tradycyjne,
restauracja,
Schloss Lomnitz,
Stara Stajnia,
von Küster
Lokalizacja:
Łomnica, Pałac Łomnica (folwark)
wtorek, 29 października 2013
Pasztecik w Szczecinie
W 1969 roku szczecińska spółdzielnia spożywców "Społem" otrzymała z demobilu radziecki Automat do prigotowlenia pirożków. Takie trzy ważące prawie tonę maszyny służyły wcześniej stacjonującej w Szczecinie Armii Czerwonej. Każda była w stanie wykonać od 600 do 700 pierożków, przypominających trochę nasze krokiety, w ciągu godziny. Zadaniem maszyny było zapewnienie szybkiego posiłku dla całej dywizji lub niewielkiego miasteczka w przypadku jakiejś katastrofy.
Dla pierożka pracownicy szczecińskiego WSS "Społem" wymyślili nazwę pasztecika, zapewne ze względu na mięsny farsz, początkowo wołowy, a później także wieprzowy czy z mięsa mieszanego. W latach 80., gdy mięsa na rynku brakowało, pojawiły się wersje z pastą jajeczną, rybą i serem. Obecnie można spróbować pasztecików mięsnych, z pastą jajeczną, z parówką, serowym z pieczarkami i z kapustą z grzybami.
Pierwszy bar "Pasztecik" powstał przy al. Wojska Polskiego 11 na przeciw nieistniejącego już kina "Kosmos". W 1975 roku kolejny bar pasztecikowy powstał na przeciwko hotelu "Gryf" w al. Wojska Polskiego 46. Pod koniec lat 80. stał się filią pionierskiego "Pasztecika", a dziś jej jedynym dziedzicem tej tradycji gdyż pawilony po 11 zostały wyburzone na początku lat 90. XX wieku.
Bar prowadzi pani Bogumiła Polańska, która była pierwszą kierowniczką jeszcze pod starym adresem. To też dzięki niej pod koniec 2010 roku szczeciński pasztecik znalazł się na Liście Produktów Tradycyjnych Województwa Zachodniopomorskiego. Po wejściu wydaje się, że czas stanął w miejscu i nic się tutaj właściwie nie zmieniło od czasów PRL, nawet personel. Pani Krystyna Trojecka wydaje paszteciki od ponad 40 lat, zaś pani Krystyna Małolepsza od 20 lat obsługuje klientów przy kasie. Wystrój tworzą typowe dla barów mlecznych wysokie stoły i taborety. Na ścianach socrealistyczne kolorowe mozaiki, a w wazonach obowiązkowe, chociaż nie zawsze czerwone, goździki.
W środku wygląda jak w typowym barze mlecznym, jest czysto i schludnie. Przy wejściu jest kasa i od razu się zamawia. Potem z paragonem udajemy się do okienka, gdzie pani wydające drożdżowe przysmaki nabija skrupulatnie na szpikulec. Paszteciki są bardzo sycące, a 3 złote za sztukę zapewnia dobry obiad za niewielkie pieniądze Smak zależy głównie od nadzienia. Nam najbardziej smakowały mięsne (tradycyjne) i serowe z pieczarkami (chociaż niektórzy szczecinianie nie chwalą takiego odejścia od tradycji). Do pasztecików koniecznym dodatkiem jest ciepły barszczyk, który mimo że podawany w plastikowym kubeczku, na pewno z torebki nie jest.
W przyszłym roku szczecińskiemu pasztecikowi stuknie 45 lat i jak udało się podsłuchać, okazja ta bez hucznej fety się odbyć nie powinna.
Informacje praktyczne: Bar Pasztecik znajduje się w Szczecinie przy al. Wojska Polskiego 46, można tu dojść z dworca kolejowego w 25 min. (przez ul. hetmana Stefana Czarnieckiego, ul. Potulicką i pl. Zwycięstwa) lub dworca autobusowego w 20 min (przez ul. księcia Świętopełka, ul. Dworcową, Al. Niepodległości, Bramę Portową i pl. Zwycięstwa). Bar "Pasztecik" jest otwarty od poniedziałku do piątku od 10 do 19, w soboty - od 10 do 16, w niedziele nieczynne.
Dla pierożka pracownicy szczecińskiego WSS "Społem" wymyślili nazwę pasztecika, zapewne ze względu na mięsny farsz, początkowo wołowy, a później także wieprzowy czy z mięsa mieszanego. W latach 80., gdy mięsa na rynku brakowało, pojawiły się wersje z pastą jajeczną, rybą i serem. Obecnie można spróbować pasztecików mięsnych, z pastą jajeczną, z parówką, serowym z pieczarkami i z kapustą z grzybami.
Pierwszy bar "Pasztecik" powstał przy al. Wojska Polskiego 11 na przeciw nieistniejącego już kina "Kosmos". W 1975 roku kolejny bar pasztecikowy powstał na przeciwko hotelu "Gryf" w al. Wojska Polskiego 46. Pod koniec lat 80. stał się filią pionierskiego "Pasztecika", a dziś jej jedynym dziedzicem tej tradycji gdyż pawilony po 11 zostały wyburzone na początku lat 90. XX wieku.
Bar prowadzi pani Bogumiła Polańska, która była pierwszą kierowniczką jeszcze pod starym adresem. To też dzięki niej pod koniec 2010 roku szczeciński pasztecik znalazł się na Liście Produktów Tradycyjnych Województwa Zachodniopomorskiego. Po wejściu wydaje się, że czas stanął w miejscu i nic się tutaj właściwie nie zmieniło od czasów PRL, nawet personel. Pani Krystyna Trojecka wydaje paszteciki od ponad 40 lat, zaś pani Krystyna Małolepsza od 20 lat obsługuje klientów przy kasie. Wystrój tworzą typowe dla barów mlecznych wysokie stoły i taborety. Na ścianach socrealistyczne kolorowe mozaiki, a w wazonach obowiązkowe, chociaż nie zawsze czerwone, goździki.
W środku wygląda jak w typowym barze mlecznym, jest czysto i schludnie. Przy wejściu jest kasa i od razu się zamawia. Potem z paragonem udajemy się do okienka, gdzie pani wydające drożdżowe przysmaki nabija skrupulatnie na szpikulec. Paszteciki są bardzo sycące, a 3 złote za sztukę zapewnia dobry obiad za niewielkie pieniądze Smak zależy głównie od nadzienia. Nam najbardziej smakowały mięsne (tradycyjne) i serowe z pieczarkami (chociaż niektórzy szczecinianie nie chwalą takiego odejścia od tradycji). Do pasztecików koniecznym dodatkiem jest ciepły barszczyk, który mimo że podawany w plastikowym kubeczku, na pewno z torebki nie jest.
W przyszłym roku szczecińskiemu pasztecikowi stuknie 45 lat i jak udało się podsłuchać, okazja ta bez hucznej fety się odbyć nie powinna.
![]() |
| fot. Wojciech Głodek / CC-BY-NC-SA |
![]() |
| fot. Mateusz War / CC-BY-SA |
Etykiety:
Armia Czerwona,
bar,
bar mleczny,
bar pasztecikowy,
barszcz,
fast-food,
Pasztecik,
PRL,
produkty tradycyjne,
socrealizm,
Szczecin,
szczeciński pasztecik,
Zachodniopomorskie
Lokalizacja:
Szczecin, al. Wojska Polskiego 46
wtorek, 22 października 2013
Gościniec u św. Jacka w Kamieniu Śląskim
Św. Jacek urodził się pod koniec XII stulecia w szlacheckim rodzie Odrowążów. Studiował teologię i prawo, otrzymał święcenia kapłańskie. Podczas podróży do Rzymu ze swoim krewnym Iwone, ówczesnym biskupem krakowskim i kanclerzem Leszka Białego, spotkał się z Dominikiem Guzmanem, późniejszym świętym i założycielem zakonu dominikanów. Właśnie z dominikanami związał swoją dalszą działalność. Zakładał kościoły i klasztory na Śląsku, Pomorzu Gdańskim i Rusi Kijowskiej. Według legendy podczas głodu po najazdach tatarskich karmił ubogich pierogami własnego wyrobu. Stąd, jak pisze ks. Antoni Talara, przylgnął do niego przydomek "św. Jacka z pierogami". Na obrazach przedstawia go się jednak jako dominikanina przechodzącego przez rzekę po rozłożonym płaszczu lub ratującego chłopca przed utonięciem, co wedle kolejnego podania zdarzyło się nad Wisłą pod Wyszogrodem. Obecnie jest głównym patronem archidiecezji katowickiej i opolskiej.
Linia Odrowążów w Kamieniu Śląskim wymarła pod koniec XVI wieku, a wybudowany przez nich zamek przechodził przechodził z rąk do rąk. Przez większość wieku XIX i do końca wojny zamek pozostawała w rękach rodu Strachwitzów. 22 stycznia 1945 roku do Gross Stein wkroczyły wojska radzieckie, na zamku urządzono szpital, a potem, po przejęciu przez władze polskie - dom dziecka. Po rozbudowaniu pobliskiego lotniska do zamku ponownie wprowadziło się wojsko. Był jeszcze wtedy prawdopodobnie kompletnie umeblowany. Dzieła zniszczenia dopełnił pożar w 1970. Po nieudanych próbach odbudowy w latach 80. XX wieku zamek na początku kolejnego dziesięciolecia przejęła diecezja opolska. Przystąpiono do odbudowy, która trwała niespełna cztery lata, dała jednak wspaniałe efekty. Niestety obiekt dostępny jest do zwiedzenia w bardzo małej części, ze względu na funkcjonujący w nim hotel i centrum konferencyjne. Przy restauracji pałacu remontu doczekały się też dawne budynki mieszkalne przeznaczone dla służby. W jednym z nich znalazł się Gościniec u św. Jacka, który wabi domowym jedzeniem i wypiekami.
Kuchnia jest typowo śląska. Można też zamówić pierogi, chociaż niekoniecznie wg przepisu św. Jacka. Ja nie mogłem sobie jednak odmówić typowo śląskiej kaszanki, zwanej tutaj krupniokiem. I się nie zawiodłem. Krupniok został podany ze świeżutkim pieczywem i przysmażoną cebulką. Był bardzo dobrze przyrządzony, nie wysuszony, przyprawiony pieprzem i majerankiem wprost rozlewał się na talerzu i w ustach. Na deser można było zamówić także domowe ciasto, jednak dla samego krupnioka warto Kamień Śląski odwiedzić.
Informacje praktyczne: Gościniec św. Jacka znajduje się w Kamieniu Śląskim przy ul. Parkowej 1A, można tu dojść z przystanku PKS w 5 min. (przez ul. Parkową) lub dworca kolejowego w 50 min (stacja kolejowa Kamień Śląski leży około 2 km od centrum, idziemy drogą jezdną na południe do Kamienia Śląskiego, potem ul. Wapienną i ul. św. Jacka). Gościniec jest otwarty od poniedziałku do piątku od 12 do 17, w soboty - od 11 do 18, w niedziele - od 12 do 18; park przypałacowy od 8 do 20, a pałac można zwiedzać tylko w niedziele od 13 do 17 z przewodnikiem .
Linia Odrowążów w Kamieniu Śląskim wymarła pod koniec XVI wieku, a wybudowany przez nich zamek przechodził przechodził z rąk do rąk. Przez większość wieku XIX i do końca wojny zamek pozostawała w rękach rodu Strachwitzów. 22 stycznia 1945 roku do Gross Stein wkroczyły wojska radzieckie, na zamku urządzono szpital, a potem, po przejęciu przez władze polskie - dom dziecka. Po rozbudowaniu pobliskiego lotniska do zamku ponownie wprowadziło się wojsko. Był jeszcze wtedy prawdopodobnie kompletnie umeblowany. Dzieła zniszczenia dopełnił pożar w 1970. Po nieudanych próbach odbudowy w latach 80. XX wieku zamek na początku kolejnego dziesięciolecia przejęła diecezja opolska. Przystąpiono do odbudowy, która trwała niespełna cztery lata, dała jednak wspaniałe efekty. Niestety obiekt dostępny jest do zwiedzenia w bardzo małej części, ze względu na funkcjonujący w nim hotel i centrum konferencyjne. Przy restauracji pałacu remontu doczekały się też dawne budynki mieszkalne przeznaczone dla służby. W jednym z nich znalazł się Gościniec u św. Jacka, który wabi domowym jedzeniem i wypiekami.
Kuchnia jest typowo śląska. Można też zamówić pierogi, chociaż niekoniecznie wg przepisu św. Jacka. Ja nie mogłem sobie jednak odmówić typowo śląskiej kaszanki, zwanej tutaj krupniokiem. I się nie zawiodłem. Krupniok został podany ze świeżutkim pieczywem i przysmażoną cebulką. Był bardzo dobrze przyrządzony, nie wysuszony, przyprawiony pieprzem i majerankiem wprost rozlewał się na talerzu i w ustach. Na deser można było zamówić także domowe ciasto, jednak dla samego krupnioka warto Kamień Śląski odwiedzić.
Informacje praktyczne: Gościniec św. Jacka znajduje się w Kamieniu Śląskim przy ul. Parkowej 1A, można tu dojść z przystanku PKS w 5 min. (przez ul. Parkową) lub dworca kolejowego w 50 min (stacja kolejowa Kamień Śląski leży około 2 km od centrum, idziemy drogą jezdną na południe do Kamienia Śląskiego, potem ul. Wapienną i ul. św. Jacka). Gościniec jest otwarty od poniedziałku do piątku od 12 do 17, w soboty - od 11 do 18, w niedziele - od 12 do 18; park przypałacowy od 8 do 20, a pałac można zwiedzać tylko w niedziele od 13 do 17 z przewodnikiem .
Etykiety:
diecezja opolska,
Gościniec u św. Jacka,
Gross Stein,
Kamień Śląski,
Opolskie,
Pałac w Kamieniu Śląskim,
Śląsk Opolski,
św. Jacek
Lokalizacja:
Kamień Śląski, ul. Parkowa 1a
wtorek, 15 października 2013
Wurst Kiosk w Gdyni
Niemcy od zawsze kiełbasą stoją, produkuje się jej tam grubo
ponad tysiąc gatunków. Każdy region ma swoją specjalność, w
każdym można jednak dostać coś, co jest charakterystyczne dla
kiełbasianych wyrobów tego kraju w ogóle - małe smażone
kiełbaski. Smażona kiełbaska i kajzerka to prawdopodobnie jedna z
najbardziej znanych niemieckich przekąsek. Jest ich ogromny wybór,
od najpopularniejszych - bratwurst (grillowana) i
bockwurst (z wody) - po różne modyfikacje, jak currywurst
(posiekana na kawałki z mieszanką indyjskich przypraw i polana
ketchupem) czy przyprawiona szczypiorkiem i natką pietruszki lub
gorczycą i podawana razem domową kiszoną kapustą.
Po raz pierwszy spróbowałem jej w plażowej budce między Herringsdorf a Ahlbeck. Potem żałowałem już tylko, że po kolejną porcję trzeba zawsze udać się za naszą zachodnią granicę i wśród licznych polskich lokali fast-foodowych brakuje takiego, który podawałby ten specjał. Stąd bardzo ucieszyło mnie pojawienie się sieci Wurst Kiosk - na ten moment w Warszawie i Gdyni, w postaci zarówno stacjonarnej, jak i food-trucków. W Gdyni specjał znaleźć możemy na ulicy Świętojańskiej.
Ulica Świętojańska to jedna z głównych w Gdyni. Była pierwszą, poza tymi prowadzącymi bezpośrednio do morza i portu, która została wybrukowana i na której skoncentrowano nową zabudowę. Jej reprezentacyjność docenili także Niemcy, przemianowując ją po zajęciu Gdyni na Adolf Hitler Straße. Obecnie przy Świętojańskiej znajdują się liczne luksusowe butiki, banki i kancelarie prawnicze. To właśnie na podwórzu przycupniętej na rogu ulic Świętojańskiej i Józefa Wybickiego modernistycznej kamienicy pod adresem 41A znalazł się pierwszy w Gdyni Wurst Kiosk.
Kiosk jest niewielki i brak na razie przy nim jakiegoś ogródka. Jednak tuż za kamienicą, przy której go umieszczono, znajduje się park miejski z pomnikiem Harcerza, więc miejsce, aby usiąść i skonsumować podanego na papierowej tacce z nieodłącznymi belgijskimi frytkami "wursta", zawsze się znajdzie. Próbowaliśmy currywurst (wyrazista, w słodkawym sosie)i bockwurst (przyprawione solą, białym pieprzem i pietruszką). Obydwie przepyszne, tak jak grube frytki podane z ketchupem i sosem.
Do popicia wybraliśmy również kultowy niemiecki napój - Fritz-kolę (a właściwie Fritz-limo). Jest osiem odmian smakowych, od lemoniady po napoje kawowe z dużą zawartością kofeiny. Napój wymyśliła dwójka niemieckich studentów z Hamburga - Lorentz Hampl i Mirco Wiegert - którzy chcieli stworzyć odpowiednik coli. Po wymyślonej w 2002 Fritz-koli przyszedł czas na różne smaki owocowe pod nazwą Fritz-limo, sprzedawane do dzisiaj - ze względów ekologicznych - wyłącznie w szklanych butelkach i posiadające jako logo podobizny jej dwóch twórców.
Informacje praktyczne: Wurst Kiosk znajduje się w Gdyni przy ul. Świętojańskiej 41A, można tu dojść z dworca kolejowego w 12 min. (przez ul. 10 lutego) lub na nabrzeża i mariny (przez skwer Tadeusza Kościuszki) lub w 15 min. z dworca autobusowego (przez ul. Dworcową i ul. 10 lutego). Otwarte od poniedziałku do soboty od 12 do 19, w niedziele - od 13 do 19.
Po raz pierwszy spróbowałem jej w plażowej budce między Herringsdorf a Ahlbeck. Potem żałowałem już tylko, że po kolejną porcję trzeba zawsze udać się za naszą zachodnią granicę i wśród licznych polskich lokali fast-foodowych brakuje takiego, który podawałby ten specjał. Stąd bardzo ucieszyło mnie pojawienie się sieci Wurst Kiosk - na ten moment w Warszawie i Gdyni, w postaci zarówno stacjonarnej, jak i food-trucków. W Gdyni specjał znaleźć możemy na ulicy Świętojańskiej.
Ulica Świętojańska to jedna z głównych w Gdyni. Była pierwszą, poza tymi prowadzącymi bezpośrednio do morza i portu, która została wybrukowana i na której skoncentrowano nową zabudowę. Jej reprezentacyjność docenili także Niemcy, przemianowując ją po zajęciu Gdyni na Adolf Hitler Straße. Obecnie przy Świętojańskiej znajdują się liczne luksusowe butiki, banki i kancelarie prawnicze. To właśnie na podwórzu przycupniętej na rogu ulic Świętojańskiej i Józefa Wybickiego modernistycznej kamienicy pod adresem 41A znalazł się pierwszy w Gdyni Wurst Kiosk.
Kiosk jest niewielki i brak na razie przy nim jakiegoś ogródka. Jednak tuż za kamienicą, przy której go umieszczono, znajduje się park miejski z pomnikiem Harcerza, więc miejsce, aby usiąść i skonsumować podanego na papierowej tacce z nieodłącznymi belgijskimi frytkami "wursta", zawsze się znajdzie. Próbowaliśmy currywurst (wyrazista, w słodkawym sosie)i bockwurst (przyprawione solą, białym pieprzem i pietruszką). Obydwie przepyszne, tak jak grube frytki podane z ketchupem i sosem.
Do popicia wybraliśmy również kultowy niemiecki napój - Fritz-kolę (a właściwie Fritz-limo). Jest osiem odmian smakowych, od lemoniady po napoje kawowe z dużą zawartością kofeiny. Napój wymyśliła dwójka niemieckich studentów z Hamburga - Lorentz Hampl i Mirco Wiegert - którzy chcieli stworzyć odpowiednik coli. Po wymyślonej w 2002 Fritz-koli przyszedł czas na różne smaki owocowe pod nazwą Fritz-limo, sprzedawane do dzisiaj - ze względów ekologicznych - wyłącznie w szklanych butelkach i posiadające jako logo podobizny jej dwóch twórców.
Etykiety:
bockwurst,
bratwurst,
currywurst,
fast-food,
Fritz-kola,
Fritz-limo,
Gdynia,
smażone kiełbaski,
Świętojańska,
Wurst Kiosk
Lokalizacja:
Świętojańska 41A, Gdynia
wtorek, 8 października 2013
Wieża Wodna w Pszczynie
Jan Gustaw Grycz urodził się w XIXw.
Po studiach na Politechnice w Zurychu jeszcze przed rozpoczęciem I
wojny światowej rozpoczął pracę jako konstruktor w firmie
Bobrowski i s-ka zajmującej się wykonywaniem robót
betonowych i żelazobetonowych. Po roku został przeniesiony do
Gieorgiewska na Kaukazie, by założyć i prowadzić oddział firmy,
gdzie m.in. kierował budową mostów linii Carycyńskiej i kolei
Władykaukazkiej. Tam też poznał swoją przyszłą żonę, Rosjankę
Darię Marczenko, z którą w 1921 roku powrócił do Polski, gdzie
wraz z bratem Jerzym założył firmę budowlaną. Był radnym,
biegłym i ławnikiem sądowym, po II wojnie światowej był
kierownikiem Wydziału Komunikacji w Pszczynie, kontynuował również
pracę jako budowlaniec m.in. przy zaporze i wodociągach w
Goczałkowicach.
Firma Gryczów w okresie międzywojennym była wykonawcą wielu dużych projektów, w tym mostu nad Sołą w Kobiernicach oraz mostu nad Pilicą w Białobrzegach, będącego ówcześnie najdłuższym mostem żelbetowym w Polsce. Jan Gustaw Grycz projektował również wynalazki, na które otrzymywał patenty. W latach 1927-28 przy obecnej ul. Jana Kilińskiego w Pszczynie wybudował wieżę wodną, która przez lata służyła utrzymywaniu stabilnego ciśnienia w miejskich wodociągach. Była tu także łaźnia, w której mieszkańcy zażywali kąpieli i relaksowali się podczas masażu. Po II wojnie w wieży mieściły się zakłady: fryzjerski i kosmetyczny, centrum językowe i rozgłośnia radiowa. Na początku XXI wieku niszczejący już budynek odkupił od miasta prywatny przedsiębiorca, który po czterech latach remontu otworzył pub i restaurację inspirowane fantastycznymi wizjami Herberta Georga Wellsa.
To właśnie przede wszystkim dla niezwykłego steampunkowego wystroju trzeba Wieżę Wodną w Pszczynie odwiedzić. Po wejściu nie widać jeszcze od razu wielu niezwykłości. Windą jedziemy na ostatnie, siódme piętro, do zlokalizowanej tam restauracji (na niższych poziomach jest pub, ale w tych godzinach, w których zajrzeliśmy do Wieży, był jeszcze nieczynny). Dopiero tu, po otwarciu drzwi futurystycznej windy, czujemy się jakbyśmy wsiedli w wehikuł czasu, który przeniósł nas do jakiegoś równoległego świata przyszłości z wizji dziewiętnastowiecznej fantastyki. Wszystko jest zaprojektowane i wykonana z dbałością o najmniejszych szczegół. Krzesła przypominają trochę fotele dentystyczne z XIX wieku, a pod szklanymi blatami stołów można dostrzec różne, złożone głównie z kół zębatych, mechanizmy. Gdyby było mało - mechanizmy co jakiś czas się uruchamiają i wykonują kilka nieoczekiwanych obrotów. Całości dopełnia rozciągający się na całą Pszczynę niesamowity widok. W końcu jesteśmy prawie 40 metrów nad ziemią.
O jedzeniu nie napiszę dużo, bo i niewiele zjedliśmy w Wieży. Zdecydowaliśmy się na kawę i deser. Fondant czekoladowy, puree z jabłka, lody waniliowe. Ciasto, zrobione z gorzkiej czekolady, po prostu rozpływało się w ustach. Nic dodać, nic ująć. Po prostu warto wrócić aby spróbować czegoś jeszcze, mimo że ceny do najniższych nie należą.
Firma Gryczów w okresie międzywojennym była wykonawcą wielu dużych projektów, w tym mostu nad Sołą w Kobiernicach oraz mostu nad Pilicą w Białobrzegach, będącego ówcześnie najdłuższym mostem żelbetowym w Polsce. Jan Gustaw Grycz projektował również wynalazki, na które otrzymywał patenty. W latach 1927-28 przy obecnej ul. Jana Kilińskiego w Pszczynie wybudował wieżę wodną, która przez lata służyła utrzymywaniu stabilnego ciśnienia w miejskich wodociągach. Była tu także łaźnia, w której mieszkańcy zażywali kąpieli i relaksowali się podczas masażu. Po II wojnie w wieży mieściły się zakłady: fryzjerski i kosmetyczny, centrum językowe i rozgłośnia radiowa. Na początku XXI wieku niszczejący już budynek odkupił od miasta prywatny przedsiębiorca, który po czterech latach remontu otworzył pub i restaurację inspirowane fantastycznymi wizjami Herberta Georga Wellsa.
To właśnie przede wszystkim dla niezwykłego steampunkowego wystroju trzeba Wieżę Wodną w Pszczynie odwiedzić. Po wejściu nie widać jeszcze od razu wielu niezwykłości. Windą jedziemy na ostatnie, siódme piętro, do zlokalizowanej tam restauracji (na niższych poziomach jest pub, ale w tych godzinach, w których zajrzeliśmy do Wieży, był jeszcze nieczynny). Dopiero tu, po otwarciu drzwi futurystycznej windy, czujemy się jakbyśmy wsiedli w wehikuł czasu, który przeniósł nas do jakiegoś równoległego świata przyszłości z wizji dziewiętnastowiecznej fantastyki. Wszystko jest zaprojektowane i wykonana z dbałością o najmniejszych szczegół. Krzesła przypominają trochę fotele dentystyczne z XIX wieku, a pod szklanymi blatami stołów można dostrzec różne, złożone głównie z kół zębatych, mechanizmy. Gdyby było mało - mechanizmy co jakiś czas się uruchamiają i wykonują kilka nieoczekiwanych obrotów. Całości dopełnia rozciągający się na całą Pszczynę niesamowity widok. W końcu jesteśmy prawie 40 metrów nad ziemią.
O jedzeniu nie napiszę dużo, bo i niewiele zjedliśmy w Wieży. Zdecydowaliśmy się na kawę i deser. Fondant czekoladowy, puree z jabłka, lody waniliowe. Ciasto, zrobione z gorzkiej czekolady, po prostu rozpływało się w ustach. Nic dodać, nic ująć. Po prostu warto wrócić aby spróbować czegoś jeszcze, mimo że ceny do najniższych nie należą.
Informacje praktyczne: Wieża Wodna znajduje się w Pszczynie przy ul. Jana Kilińskiego 2, można tu dojść z dworca kolejowego w 10 min. (przez ul. Tadeusza Kościuszki i ul. Wojciecha Kofantego) lub Rynku (przez ul. Bolesława Chrobrego i ul. Wojciecha Korfantego) lub w 20 min. z dworca autobusowego (przez ul. Męczynników Oświęcimskich, ul. Dworcową, ul. Mikołaja Kilińskiego). Otwarte codziennie od 12 do 23.
Etykiety:
desery,
Jan Gustaw Grycz,
Pless,
Pštína,
Pszczyna,
restauracja,
Schlesien,
Śląsk,
Wieża Wodna
Lokalizacja:
Jana Kilińskiego 2, Pszczyna
wtorek, 1 października 2013
Kukutu w Jeleniej Górze
Obecna ulica Nowowiejska w Jeleniej
Górze biegnie w spokojnej okolicy, wśród cichych jednorodzinnych
domków, przez co wydaje się nieco senna. Prowadzi od centrum do
Wzgórza Zamkowego. Powstała w XIX wieku i wówczas prowadziła do
wybudowanego w latach 1855-1860 na zboczu wzgórza pięknego parku z
pawilonem widokowym na skałce, z grotami wśród innych skałek,
gajami rododendronów i stawem. Właścicielem pałacyku zwanego
Paulinum (od św. Pawła) był kupiec Richard Kramsta. Wtedy też
ulica (1929) otrzymała nazwę Kramstaweg ("gościniec
Kramstów"). W kolejnych latach, z uwagi na polityczne przemiany
i zawirowania, folwark i zameczek przejęła NSDAP dla Hitlerjugend.
Po wojnie obszar ten otrzymał nazwę Nowa Wieś i stąd też polska
nazwa – ulica Nowowiejska.
Podczas spaceru tą niewielką uliczką w pewnym momencie dostrzegamy "przysiadłego" na budynku sympatycznego czarnego puszystego stworka, który zdaje się mówić A kuku! Tu jestem! Kuku! Tu Cafe! Kukutu Cafe ma niecałe dwa latka, jest więc stosunkowo nowym elementem w jeleniogórskim krajobrazie gastronomicznym, a jednak z pewnością wartym odwiedzenia.
Lokal zlokalizowano na parterze domu mieszkalnego z początku XX wieku w miejscu dawnego sklepu spożywczego. Poza podstawowym wachlarzem kaw i słodkich dodatków, są też sałatki. Gdy odwiedziliśmy Kukutu w jesienny poranek, do wyboru były cztery. Tylko cztery albo aż cztery! Sałatki są niezwykłe, przyrządzane ze świeżych i naturalnych składników, a ich rozmiar pozwala spokojnie zaspokoić poranny apetyt.
Pierwszą sałatkę, którą zamówiliśmy, tworzyły granaty ułożone na rukoli wymieszanej z żurawiną, wędzonym białym serem, pysznym sosem i małymi szklistymi czerwonymi jagodami, których nie udało mi się zidentyfikować. Drugą - kawałki grillowanego kurczaka ułożone na liściach sałaty rzymskiej i melona, posypane orzechami i płatkami migdałów. Obydwie - przepyszne. Nawet dla kogoś, kto za warzywami na co dzień za bardzo nie przepada.
Jak zapewnia właścicielka - w menu pojawiają się i inne smakołyki, ale widocznie nie o tak wcześniej porze w sobotę. Niemniej i dla samych sałatek warto tutaj przybyć
Podczas spaceru tą niewielką uliczką w pewnym momencie dostrzegamy "przysiadłego" na budynku sympatycznego czarnego puszystego stworka, który zdaje się mówić A kuku! Tu jestem! Kuku! Tu Cafe! Kukutu Cafe ma niecałe dwa latka, jest więc stosunkowo nowym elementem w jeleniogórskim krajobrazie gastronomicznym, a jednak z pewnością wartym odwiedzenia.
Lokal zlokalizowano na parterze domu mieszkalnego z początku XX wieku w miejscu dawnego sklepu spożywczego. Poza podstawowym wachlarzem kaw i słodkich dodatków, są też sałatki. Gdy odwiedziliśmy Kukutu w jesienny poranek, do wyboru były cztery. Tylko cztery albo aż cztery! Sałatki są niezwykłe, przyrządzane ze świeżych i naturalnych składników, a ich rozmiar pozwala spokojnie zaspokoić poranny apetyt.
Pierwszą sałatkę, którą zamówiliśmy, tworzyły granaty ułożone na rukoli wymieszanej z żurawiną, wędzonym białym serem, pysznym sosem i małymi szklistymi czerwonymi jagodami, których nie udało mi się zidentyfikować. Drugą - kawałki grillowanego kurczaka ułożone na liściach sałaty rzymskiej i melona, posypane orzechami i płatkami migdałów. Obydwie - przepyszne. Nawet dla kogoś, kto za warzywami na co dzień za bardzo nie przepada.
Jak zapewnia właścicielka - w menu pojawiają się i inne smakołyki, ale widocznie nie o tak wcześniej porze w sobotę. Niemniej i dla samych sałatek warto tutaj przybyć
Informacje praktyczne: Kukutu Cafe znajduje się w Jeleniej Górze przy ul. Nowowiejskiej 27, można tu dojść w 15 minut z dworca kolejowego (ul. 1 Maja i Al. Wojska Polskiego) lub Rynku (ul. Marii Konopnickiej, ul. 1 Maja, ul. Sebastian Klonowica) lub 20 minut z dworca autobusowego (przez Rynek). Otwarte od poniedziałku do piątku od 10 do 19, w soboty od 11, w niedziele - nieczynne.
Etykiety:
Dolny Śląsk,
Hirschberg,
Jelenia Góra,
kawiarnia,
Kramstaweg,
Kukutu Cafe,
Nowowiejska
Lokalizacja:
Nowowiejska 27, Jelenia Góra
Subskrybuj:
Posty (Atom)













.jpg)
.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)